War Thunder background
Ścieżka Dźwiękowa | Magiczny Griffon
Uwaga! Artykuł został opublikowany na starszej wersji strony. Mogą wystąpić problemy z wyświetlaniem na niektórych przeglądarkach.


W kolejnej odsłonie pamiętników Maksa Lachmanna wyruszymy do Los Angeles i opowiemy Wam o nagrywaniu symfonii jaka dobiega z jednego z najpiękniejszych silników, jakie powstały w historii lotnictwa. Maks wyjaśni Wam jak przygotował się do nagrywania legendarnego "Griffona".    


Legendarne serce Spitfire

Kiedy już dostarczyłem dysk twardy z wykonanymi we Francji nagraniami odgłosów dziewięciu rzadko dziś spotykanych czołgów i myślałem, że nasza praca dobiegła końca, Paweł zwrócił się do mnie z kolejną prośbą — miałem nagrać Spitfire’a z silnikiem Griffon. Wtedy nie sądziłem, że sprawa okaże się trudniejsza, niż początkowo zakładałem. W końcu wokół mnóstwo starych Spitfire’ów, a na pewno więcej niż Lancasterów czy Messerschmittów, więc znalezienie odpowiedniego egzemplarza nie będzie problemem. Nie twierdzę jednak, że w innym wypadku nie podjąłbym się tego zadania.



Jak zwykle zacząłem od mailowego kontaktu z potencjalnymi posiadaczami interesujących mnie maszyn. Sprawdziłem też, które wersje tego myśliwca miały silnik Griffon, i czy jakiekolwiek zachowały się do dziś. Znalazłem sporo list ocalałych egzemplarzy, jednak niewiele z nich zawierało informacje o zamontowanych w nich silnikach. Ciężko było też określić, które z nich były w pełni sprawne. Na szczęście po kilku dniach otrzymałem odpowiedzi na kilka wysłanych maili. Pierwszy z nich nadszedł z Wielkiej Brytanii, co było bardzo wygodne. Okazało się jednak, że maszyna jest remontowana, a prace mają się skończyć latem 2014 roku. Ludzie tam byli gotowi do współpracy, rozumieli jednak, że potrzebowaliśmy pewnej oferty. Otrzymałem jeszcze jedną odpowiedź z Wielkiej Brytanii, jednak tam harmonogram był bardzo napięty. Zaproszono nas do pracy w wolnych terminach, jednak wiedząc, jak bardzo skomplikowanym procesem jest prowadzenie sesji nagraniowych, musieliśmy znaleźć alternatywę. Wtedy właśnie nawiązałem kontakt z Jasonem Somesem z SoCal Wing w muzeum prowadzonym przez Commemorative Air Force, które znajduje się w Camarillo, niedaleko Los Angeles. Mieli nie tylko całkowicie sprawnego Spitfire’a z silnikiem Griffon, ale też zdatnego do lotów Bearcata i C-46, który mógł kołować.

Rozpoczęliśmy kolejną fazę planowania. Musieliśmy ustalić budżet, wybrać odpowiadający obu stronom termin, upewnić się, że operatorzy kamer z Blom Brothers są w tym czasie dostępni, zarezerwować miejsca w samolocie, hotelu, wynająć samochody itd. Mając na uwadze doświadczenia z poprzednich sesji, musieliśmy wyposażyć się w spory zapas kabli, stojaków na mikrofony i worków z piaskiem, które będą trzymać wszystko na miejscu, gdy w sprzęt uderzą strugi zaśmigłowe. Ponieważ to wszystko byłoby zbyt ciężkie, aby przewieźć to samolotem, postanowiliśmy wynająć niektóre urządzenia na miejscu. Poczyniwszy niezbędne ustalenia z wypożyczalniami, biurami podróży, muzeum itd., byliśmy gotowi do drogi.



8 maja wsiedliśmy do samolotu lecącego do Londynu, skąd po przesiadce lecieliśmy do Los Angeles. Na miejsce dotarliśmy późnym wieczorem. Przesiadka to zawsze spore ryzyko, bo nie tylko my, ale także nasz bagaż musi zmienić samolot. Wiedzieliśmy, że nasz bagaż może zostać zagubiony lub opóźniony, dlatego zabraliśmy kompletny zestaw nagraniowy do bagażu podręcznego. Linie, którymi podróżowaliśmy, pozwalają na przewóz 23 kg takiego bagażu, więc mogliśmy zabrać ze sobą całkiem sporo. Niestety zwykle wiąże to się z długą i uciążliwą odprawą bezpieczeństwa, gdyż taka ilość elektroniki i innego sprzętu musi budzić obawy ochrony. Tym razem poszło jednak całkiem sprawnie, a cały nasz bagaż dotarł bezpiecznie na miejsce. Wypożyczyliśmy więc samochód i po godzinie dotarliśmy do hotelu w Camarillo. Tam odebraliśmy pierwszą część wypożyczonego sprzętu do nagrań — dwie nagrywarki do umieszczenia w kokpicie na czas lotu. Musieliśmy się upewnić, że są prawidłowo skonfigurowane i mają naładowane baterie. Reszta wypożyczonego sprzętu czekała na nas w muzeum.

Następnego poranka o 9:00 spotkaliśmy się z Jasonem Somesem i zaproszonym przeze mnie do współpracy znajomym inżynierem dźwięku oraz jego asystentem. Bardzo ucieszyłem się z tego, że przyjęli moją ofertę. Minęło już kilka lat od naszego ostatniego spotkania. Nie było jednak wiele czasu na rozmowę, po krótkim powitaniu zabraliśmy się do pracy. Dokładnie wyjaśniliśmy Jasonowi, co chcemy zrobić, a Jason powiedział nam, do czego będziemy musieli się ze swojej strony dostosować. Musieliśmy mieć na uwadze bezpieczeństwo lotniska, przepisy regulujące, jak blisko pasa możemy się ustawić, ubezpieczenia i inne takie rzeczy. Na początku ciężko było zachęcić pracowników do współpracy, ale dzięki staraniom Jasona i po podpisaniu pewnych dokumentów pokonaliśmy wszelkie trudności i w asyście dwóch członków obsługi lotniska mogliśmy podejść do samego skraju pasa podczas niskich przelotów.

 

Zanim jednak rozpoczęliśmy niskie przeloty, przygotowaliśmy samoloty do kołowania. Wewnątrz samolotów umieściliśmy po cztery mikrofony i nagrywarkę. Ten sprzęt miał pozostać wewnątrz również podczas lotu. Kolejne 20 kanałów rozłożyliśmy wokół samolotu pod różnymi kątami. Kiedy wykonaliśmy nagrania odgłosu Bearcata, to samo zrobiliśmy ze Spitfire’em.

Nadszedł w końcu czas lotów. Kilka lat temu wykonaliśmy już nagrania Mustanga i Hellcata, jednak tylko na ziemi, dlatego poprosiliśmy Jasona, by poleciał dla nas również tymi maszynami, abyśmy dysponowali również nagraniami odgłosów tych samolotów w powietrzu. Również i w nich zamontowaliśmy potrzebny sprzęt, a potem zabraliśmy swoje rzeczy i przeszliśmy pod pas. Jeden z inżynierów znajdował się w hangarze, aby nagrać kołowanie z i do hangaru. Kilka mikrofonów ustawiliśmy wzdłuż drogi kołowania i byliśmy gotowi.

Zaczęliśmy do Mustantga, który robił niesamowity hałas! Potem byliśmy świadkami niezwykle niskich i szybkich przelotów Spitfire’a. Następny w kolejności był Bearcat, a na koniec Hellcat. Słońce już zachodziło, był to najwyższy czas na zakończenie bardzo udanego dnia nagraniowego. Została tylko jedna rzecz do zrobienia przed snem — kopie zapasowe!


Następnego dnia również spotkaliśmy się o dziewiątej. Powiedziano nam, że dziś lotnisko będzie bardziej zatłoczone i mnóstwo ludzi będzie kręcić się wokół, co wkrótce się potwierdziło. Wielu ludzi odwiedzało muzeum, odbywały się loty B-25 i Mustanga, była nawet grupka ludzi organizujących imprezę wewnątrz C-46! Niestety musieli chwilę poczekać, bo to właśnie był obiekt naszych dzisiejszych nagrań. Ustawienie samolotu w odpowiedniej pozycji zajęło nam trochę czasu.

Bardzo duża moc silników wymogła na nas skierowanie maszyny ogonem w stronę drogi kołowania, aby nie zdmuchnąć samolotów stojących przy hangarach. Za każdym razem, kiedy ktoś chciał tędy przekołować, musieliśmy najpierw ustawić silniki na bieg jałowy. Ostatecznie zamontowaliśmy wewnątrz osiem mikrofonów i ze standardowym zestawem na zewnątrz zrobiliśmy wszystko to, co z mniejszymi maszynami dzień wcześniej. Cóż to był za dźwięk! Samolot ten miał dwa silniki podobne do tego używanego w Hellcatach. Był to bardzo surowy i złowieszczy dźwięk, który dało się poczuć całym ciałem! Podejście z mikrofonem w dłoni do takiej bestii to bardzo nietypowe przeżycie.

Po zakończeniu prac i wyłączeniu silników spakowaliśmy się, wykonaliśmy kopie zapasowe, podziękowaliśmy i pożegnaliśmy się ze wszystkimi. Pojechaliśmy piękną autostradą nr 1 w kierunku Sunset Boulevard. Zakończyła się kolejna przygoda, a ja nie mogłem doczekać się kolejnej!


Przeczytaj także: 


Zespół War Thunder

Czytaj więcej:
Skrzynka z narzędziami!
  • 8 kwietnia 2024
Mad Thunder: Gniew i Grabież!
  • 1 kwietnia 2024
Maszyny z Przepustki Bitewnej: Kungstiger
  • 19 kwietnia 2024
Maszyny z Przepustki Bitewnej: P-51C-11-NT Mustang (Chiny)
  • 18 kwietnia 2024