War Thunder background
Polska Zemsta: Bitwa o Anglię
Uwaga! Artykuł został opublikowany na starszej wersji strony. Mogą wystąpić problemy z wyświetlaniem na niektórych przeglądarkach.

Już niebawem, w październiku, odbędzie się premiera filmu stworzonego Dawida Muszyńskiego, który swoim scenariuszem będzie nawiązywać do serii "Polska Zemsta". 


Jakże przewrotny jest los ludzki, jak niespodziewanie toczą się jego koleje. Jak niezwykła jest droga od bólu, bezsilności, do triumfu najlepiej wiedzieli ci, którym przyszło bronić nieba Anglii, walczyć za wolność „Waszą i naszą”. Walczyć – i mścić się.

Gdy rankiem, pierwszego września 1939 r. pierwsze samoloty z czarnymi krzyżami zburzyły spokojny sen polskich miast i wsi, nasze orły miały spętane skrzydła – nieliczne, przestarzałe PZL P.11c nie pozwalały na podjęcie równej walki z Messerschmittami, na doścignięcie Sztukasów, Heinkli, czy Dornierów. Bolała więc dusza polskiego myśliwca, gdy w locie widział dymy pożarów, masy uciekającej ludności, a przede wszystkim – bezkarność Luftwaffe. „Gdybyśmy mieli samoloty klasy Messerschmitta – wzdychali piloci – dopiero byśmy im pokazali”.

Wkroczenie na nasze ziemie wojsk radzieckich 17 września oznaczało dla polskich lotników rozkaz wycofania się – wielu z nich walczyło pod niebem Francji, widząc jej haniebny upadek. Lekceważono ich uwagi, posyłano do boju w przestarzałych i nieudanych Caudronach CR. 714, lecz nawet wówczas starali się udowodnić, że chcą i potrafią walczyć z Niemcami.

Po przybyciu na Wyspy Brytyjskie Polacy wprost palili się, by od razu stoczyć bój ze znienawidzonym wrogiem – lecz flegmatyczni Anglicy najpierw nakazali im odbyć gruntowne szkolenie, by nie przydarzały im się wpadki na wzór tej popełnionej przez słynnego Josefa Františka, który zanim stał się postrachem niemieckich pilotów, to...zapomniał wyciągnąć podwozia przy lądowaniu i rozbił samolot.

Tymczasem nad Wielką Brytanią, ostatnim bastionem Aliantów zawisły czarne chmury – tym groźniejsze, że mknęły wśród nich przez Kanał La Manche niepokonane dotąd eskadry Luftwaffe, które miały tylko jeden cel – zniszczyć lotnictwo alianckie i przygotować drogę do ostatecznego zwycięstwa. 10 lipca 1940 r. zaczęła się bitwa o Anglię.

Polacy włączyli się do działań zbrojnych w sierpniu – jednymi z pierwszych pilotów byli Franciszek Gruszka i Władysław Szulkowski z 65 dywizjonu Indii Wschodnich. Brytyjczycy – początkowo nieufni wobec słabo mówiących w ich języku przybyszów – szybko docenili wysoki poziom wyszkolenia połączony z niezwykłą brawurą polskich lotników. Polacy szybko zyskali podziw wśród Anglików i…Angielek, którym bardziej niż podniebne wyczyny imponowała fantazja, elegancja i ogłada naszych asów.

A było przecież kogo podziwiać! 24 sierpnia Antoni Głowacki zestrzelił trzy Bf 109 i dwa Ju 88, Stanisław Skalski już w pierwszym locie bojowym zniszczył He 111. Ich wyczyny rozpalały wyobraźnię innych myśliwców, którzy także chcieli zmierzyć się z Niemcami. Nic więc dziwnego, że Ludwik Paszkiewicz z dywizjonu 303 podczas kolejnego lotu treningowego stracił cierpliwość i rzucił się na wrogą maszynę, strącając ją celnym ogniem karabinów maszynowych. Zwycięstwo to rozpoczęło świetną serię dywizjonu, który na stałe zapisał się w pamięci jako zespół bohaterskich pilotów broniących brytyjskiego nieba. Zwycięstwo tym istotniejsze, że odniesione 31 sierpnia 1940 r. – niemal w rocznicę ataku Niemiec na Polskę. Bitwa o Anglię wchodziła w decydującą fazę – Luftwaffe nacierało, fala za falą szły klucze samolotów ze złowrogimi, czarnymi krzyżami. Lecz piloci Messerschmittów, Heinkli, czy Junkersów napotkali wśród powietrznych szlaków godnych siebie rywali – lotników RAF.

„Nie było w tej wojnie myśliwców zawziętszych niż Polacy” – pisał w „Dywizjonie 303” Arkady Fiedler. Każdy zestrzelony bombowiec to zemsta za płonące polskie miasta i wsie, każdy zniszczony w walce Messerschmitt – zwycięstwo, niby w rycerskim pojedynku o honor. Każdy start Hurricane’a z małą, polską szachownicą udowadniał Niemcom, że Polska nie zginęła, że jej żołnierze walczą z hitleryzmem, ogniem karabinów maszynowych, zręcznym manewrem, brawurą i współpracą broniąc ostatniego bastionu Aliantów.

Na ziemi każdy z nich był inny, wywodzili się z różnych miejsc, z różnych środowisk, mieli różne charaktery, upodobania. Wszyscy oni na ziemi kochali, śmiali się, żyli, lecz gdy przychodził sygnał do startu zmieniali się w prawdziwych herosów – z bliska, z kilkudziesięciu metrów posyłali celne salwy, podlatując tak blisko, że swą śmiałością budzili podziw i niedowierzanie wśród brytyjskich kolegów. Dzięki tej taktyce ponosili zaś najmniejsze straty. Największy z niedowiarków, Stanley Vincent, gdy naocznie przekonał się o tym, co potrafią Polacy, krzyknął tylko: „Oni są naprawdę tacy! To wspaniali szaleńcy!”

Polskim asom, poza świetnym wyszkoleniem i odwagą nie brakowało też szczęścia – nierzadko ciężko rannym udawało się w ostatniej chwili wyskoczyć z płonącej maszyny, innym razem ratowali ich koledzy. Byli też i tacy, którzy choć nie odnieśli większych obrażeń w powietrzu musieli najeść się strachu na ziemi – Zumbach wylądował na środku pola minowego, a Żurakowski tuż obok staruszka z Gwardii Narodowej, który z powodu kiepskiej znajomości angielskiego Polaka wziął go za Niemca i groził dubeltówką. Ciekawa przygoda spotkała również Mariana Pisarka, którego spadochron zniósł do ogródka domku na przedmieściach Londynu – jego właściciel najpierw poinformował go, że „znajduje się na terenie prywatnej posiadłości”, a później zaprosił na herbatę. Pomimo gościnności Anglika Pisarkowi towarzyszyło ogromne zakłopotanie, gdyż w powietrzu stracił but, a w skarpecie widniała ogromna dziura…

 Najważniejszy, przełomowy dzień wypadł na 15 września. I znów Niemcy musieli poczuć gorycz porażki, gdyż siły RAF po raz kolejny odparły nalot Luftwaffe, który tym razem miał przynieść przełom w walkach. Wydatny wkład w zwycięstwo tego dnia miały polskie dywizjony 302 i 303, których piloci śmiało rzucali się na przeważające siły wroga, rozbijając eskadry wrogich bombowców. Dwa dni później Hitler przesunął w czasie operację „Lew Morski” – plan inwazji sił lądowych na Wyspy Brytyjskie. Ostatecznie nigdy do niej nie doszło.

Przewrotne bywają koleje ludzkiego losu – czy którykolwiek z naszych bohaterskich obrońców angielskiego nieba przypuszczał pod koniec września 1939 r., że rok później z tułacza stanie się bohaterem, że za sterami brytyjskiego Hurricane’a będzie bił się z Niemcami jak równy z równym? Bitwa o Anglię skończyła się 31 października 1940 r., a polscy piloci okryli się chwałą. Udowodnili, że nie złamała ich klęska wrześniowa, że z podniesionym czołem znieśli upadek sojuszniczej Francji. Około 170 samolotów wroga padło łupem polskich orłów, których postawa zadziwiła cały świat. Potrafili oni połączyć ułańską fantazję z nerwami ze stali, co pozwoliło im rozbijać w kilka maszyn całe wyprawy bombowe, jak również bez wahania ratować będących w opałach kolegów.

Polscy myśliwcy dopełnili swej zemsty – pomogli zatrzymać rozpędzoną maszynę blitzkriegu, zniweczyć hitlerowskie plany podboju wolnego świata. Choć nie mogli lecieć do upragnionej ojczyzny, to tam, na obcym, angielskim niebie walczyli i zwyciężali, a każdy triumf przybliżał upadek nazizmu, umacniał sławę polskich skrzydeł.


Mateusz Żurek - Student Prawa w krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego. W wolnym czasie piszę wiersze, gram na gitarze, słucham starego, polskiego rocka i sklejam modele. Historią interesuję się od najmłodszych lat, szczególnie w zakresie wojskowości, a także problematyki społecznej starożytnego świata, przez sarmacką Polskę po czasy nowożytne. 

Polski Dział Historyczny War Thunder

Czytaj więcej:
Skrzynka z narzędziami!
  • 8 kwietnia 2024
Inferno Cannon: PLZ83-130
  • 24 kwietnia 2024
Już naprawione! Nr 91
  • 24 kwietnia 2024
Dzień Świętego Jerzego: Flaga Anglii tymczasowo powraca!
  • 23 kwietnia 2024